piątek, 16 października 2015

Walizka




„walizka”

podobno na przedmieściach znajduje się knajpka, w której zatrudniają wyłącznie umarłych. szef kuchni, sławny demonocristiani, karmi żywych pamiątkami, świętymi pozostałościami po bliskich im istotach. poza tym, to prawdopodobnie jedyne miejsce w mieście, gdzie podają necroniadę, cierpką ciecz kolorem przypominającą tuf wulkaniczny. nigdy nie byłem klientem tego lokalu. opis złożyłem z rozproszonych plotek. jak paleontolog kość po kości, zrekonstruowałem przybliżony wizerunek rzeczy. właściwie należałoby powiedzieć, iż zamiast reklamy gościnnego zakładu gastronomicznego, powstało wyobrażenie kostnicy, w której poza kanibalami, nikt inny nie miałby ochoty się stołować. z jakiego powodu, mówię wam o tym dziwnym miejscu? odpowiedź jest trywialna, każde opowiadanie należy od czegoś zacząć. myślę, że dopełniłem tego obowiązku, dlatego pozwólcie, że przejdę do zupełnie innego tematu.
w otchłani pod miastem, wiją się prehistoryczne jelita tajnych ścieżek. mroczne gardło tunelu połyka mnie. bez oporu, zanurzam się w pogańską czerń. wyssany z barw i wytarty z konturów, zmierzam ku unicestwieniu. z głębin dobiega basowe echo, powiew oddechu boga podziemi. pomimo coraz silniej odczuwanego strachu, nie potrafię zawrócić.
wczoraj, nieroztropnie zgodziłem się wyświadczyć komuś przysługę. od kuriera otrzymałem walizkę, którą nocnym pociągiem mam wywieść z miasta. nie znam jej zawartości. na własne, wewnętrzne potrzeby przygotowałem wymówkę, że poczucie wrodzonego taktu, nie pozwoliło na postawienie niedyskretnego pytania. to nie jest prawda. nie dociekałem odpowiedzi, z powodu odziedziczonej w genetycznym spadku głupoty.
teraz, ktoś obcy idzie za mną. podwajam liczbę kroków. komórki mojej odwagi, ulegają przyspieszonemu rozkładowi. moje stopy wspinają się po schodach, sprawiających wrażenie wykonanych z budyniu. nieznajomemu prześladowcy brakuje kilku centymetrów, by chwycić za mój kołnierz. z mozołem docieram na szczyt i zauważam, że drugi nieznajomy odziany w tani garnitur, naciera na mnie od strony dworcowych kas. jego twarz, rozrywa uśmiech zwierzęco ostrych zębów. zainfekowany zastrzykiem lęku i przypuszczalnie blady niby mozzarella, osuwam się na kolana. obaj nieznajomi dopadają do mnie i przeciągają między sobą jak dzieci pożądające tej samej zabawki. w niedelikatnych dłoniach, jestem jak grzechotka. kości we mnie pękają, organy zmieniają swoje położenie. rywalizujący ze sobą napastnicy, zupełnie nie poświęcają uwagi upuszczonej walizce. jakiś sprytny włóczęga, właśnie wynosi ją poza plan główny. jej zawartość, czymkolwiek jest, nigdy nie była celem rozgrywki prowadzonej pomiędzy drapieżcami. pogodzeni nad moimi stygnącymi zwłokami, nasyceni zbrodnią, anonimowi mordercy trzymając się za dłonie, wsiadają do pociągu, a ja odjeżdżam po ślepym torze w kierunku wiecznej ciemności.

sobota, 2 maja 2015

Pasożyt



„pasożyt (spożywający przy stole innego)”

deszcz leniwy jak miód, lał się nieśpiesznie na głowy, pogrążonych w komunikacyjnym zamęcie przechodniów. zastygał formując żywiczne bryłki pomiędzy włosami ludzi, na sierści ich zwierząt. tworzył lepkie plamy na przygarbionych ramionach, gałęziach drzew, karoseriach cicho warczących samochodów, popękanych kamiennych płytach. na jednej z ulic tego miejskiego ula, młodemu mężczyźnie o krótkim i konkretnym nazwisku, eksplodował w dłoniach parasol. wybuch druciano-materiałowej konstrukcji odrzucił go do tyłu. młodzieniec poleciał na maślaną blondynkę, która oddawała serię śmiałych kroków w kierunku kliniki stomatologicznej. w wyniku tej stłuczki, blondi wylądowała na chodniku z tyłkiem w kałuży. mężczyzna  z wygiętą przez wstyd twarzą, odwrócił się do niej i pomógł jej wstać. przygotowany na krzyk oburzenia, zmieszał się tym bardziej, gdy usłyszał od niej ciepłe (cześć), oprawione w uśmiech zardzewiałych zębów. to nieplanowane wydarzenie w większości przypadków nie wyszłoby po za zarodkowe stadium, nie przepoczwarzyłoby się w dłuższą znajomość, jednak w historii tych dwojga, dało początek dożywotniemu związkowi. gdyby chłopak zawczasu mógł wiedzieć, że ta słodka dziewczyna, już jako jego żona, będzie nocami zawisać mu nad głową z łyżką w dłoni, by wyjadać z niej najcenniejsze myśli, jego dłonie zastygłyby w namyśle, po czym bez otwierania, wyrzuciłyby parasol do kosza na śmieci, poprawiłyby kołnierzyk płaszcza i powędrowałyby na odpoczynek do ciasnych szczelin kieszeni. ponieważ znacznie lepiej jest raz porządnie zmoknąć, niż do końca życia służyć komuś za podręczną spiżarnię pomysłów.

Zobacz również

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...